Przejdź do głównej zawartości

WrocLOVE + chwile słabości...

Siema!
Weekend we Wrocławiu należy zaliczyć do baaaardzo udanych - pogoda dopisała, a wrażeniami można by podzielić kilka wyjazdów :) Malowniczy Rynek Główny, pięknie zachowany Ostrów Tumski z wyspami, naprawdę ładnie ;) Wieczorem udaliśmy się na koncert, który był akurat bardzo blisko naszego hotelu - przeżycia? Bezcenne, był to koncert Mesa więc kto mnie zna ten wie jak zagorzałym fanem Tego  Typa jestem - udało się nawet spotkać i porozmawiać z Mesem po koncercie :) 

Rano udaliśmy się ponownie na Rynek i jego okolice - naprawdę da się tu mieszkać i chce się wracać - łącznie byliśmy we Wrocławiu 25h, ale był to bardzo intensywny pobyt wypełniony mocą atrakcji :)


-----------------------------------------------------------------------------
Po powrocie do Krakowa jednak coś jakby w Tynie pękło...
Znów Kraków, znów ćwiczenia, znów ja muszę wracać do domu i zostawić tu Martynę, a ta troszkę załamana brakami postępów w ćwiczeniach czuje się z tym źle, przecież wszystko tak fajnie wracało do normy, a od miesiąca efektów ćwiczeń brak...wcześniej efekty napędzały tą całą machinę, dziś jednak przyszedł ten gorszy dzień...
Wierzymy jednak, że już niedługo efekty zaczną przychodzić - bo tylko mozolną pracą jesteśmy w stanie to osiągnąć!
Kochanie - NEVER GIVE UP!!
Drodzy Fani, bo tak Was, czytelników nazwę - spotykamy się z dużą porcją pozytywnej energii od Was, dodajcie teraz Tynie otuchy w tych ciężkich dniach zostawiając komentarz bądź pisząc prywatną wiadomość do Martyny !



Komentarze

  1. Kochani jestesmy z Wami!!Martynko glowa do gory i nie poddawaj sie nigdy!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Martnka uszy do góry, wszytko się ułoży.
    Wam obu sił życzę i dopingujemy Was ile wlezie
    Renia (buziolek)

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty z tego bloga

Cuda się zdarzają 👶 !!!

Siema! Święta, czas rodzinnych spotkań, życzeń i magicznej atmosfery w tym roku jest dla nas czasem jeszcze bardziej wyjątkowym... Od początku choroby lekarze mając do czynienia z młodą parą podkreślali na każdym możliwym momencie, że ciąża przy takim spustoszeniu organizmu i tak zaawansowanej chorobie jest rzeczą niemożliwą, że niestety, ale coś co jest największym marzeniem Tyny czyli rodzicielstwo się nie spełni, a daleko idące marzenia o dzieciach zostaną jedynie w sferze marzeń...badania prowadzone w kierunku tak tocznia jak i zespołu antyfosfolipidowego nie dawały też w sumie większych nadziei, a jednak...ten świąteczny, magiczny czas zaowocował i u nas - więc oficjalnie mogę powiedzieć - T Y N A  J E S T  W  C I Ą Ż Y !!!
Po tych słowach cokolwiek bym napisał okaże się banałem, będzie zbędne, ale pamiętajcie - NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJCIE, nawet gdy droga do realizacji marzeń jest bardzo daleka i kręta to pamiętajcie, że co by się nie działo - nie poddawajcie się i bądźcie silni..…

Choroba a wygląd...

Siema!
Ostatnio wrzuciłem na fanpage zdjęcie Martyny na którym widać było jak mocno przybrała na wadze przez sterydy w pierwszych miesiącach stosowania, w momentach gdy dawka na porządku dziennym wynosiła 80-100 mg (teraz ich dawka waha się w granicach 8-10 mg)... Zdjęcie z pewnością wielu z Was wprawiło w osłupienie i własnie dlatego chciałbym teraz w tym poście pochylić się nad tym aspektem. Cóż - toczeń sam w sobie z pewnością zmienia wygląd kobiety - zmiany skórne są na tyle wyraźne, że motyl motyla praktycznie zawsze pozna (charakterystyczny rumień na twarzy przypominający motyla). Jednak u Tyny zmiana w wyglądzie na początku nie była wywołana zmianami skórnymi, a konsekwencją przyjmowania olbrzymich dawek sterydów.  W ciągu zaledwie niespełna miesiąca przytyła ponad 15 kilogramów przez co nie czuła się najlepiej, nie tylko przez wygląd, ale i fizycznie gdy przyszło nosić o kilkanaście kilogramów więcej w momencie gdy organizm jest osłabiony... Poniżej prezentuje zdjęcie jak Mart…

Niestety...

Siema...
Od dwóch dni zabieram się do napisania tego posta, niestety co chciałem się "spiąć" i napisać nie udało się, wyłączałem kartę z nowym postem...dziś jednak usiadłem, zebrałem myśli i piszę...
Tydzień temu mieliśmy wizytę u prowadzącego ciąże ginekologa na którą mieliśmy się zgłosić z pełną historią badań wykonanych między wizytami celem ustalenia dalszego leczenia - czy będzie to wymagane w środowisku klinicznym czyli na oddziale aż po rozwiązanie czy też wystarczy w trybie ambulatoryjnym...i tu wspaniała wiadomość - wyniki wzorowe, wystarczy prowadzić ciąże ambulatoryjnie kontrolując ją poza środowiskiem klinicznym ツ
Pozostało już tylko zrobienie rutynowego badania USG i tu kończy się trwająca od dwóch miesięcy idylla...nie wykryto akcji serca, fasolka nie pulsowała jak podczas wcześniejszych badań...lekarz sam nie dowierzał szukając z uporem maniaka akcji serduszka, jednak mimo usilnych prób...bez rezultatu opuścił wzrok oznajmiając coś co po długie lata będzie obij…