Przejdź do głównej zawartości

Znajdź prace którą lubisz, a już nigdy nie będziesz musiał pracować ✌

Siema!

Jak wiecie mniej więcej przed rokiem zwolniłem się z poprzedniej pracy by w przeciągu tygodnia wyprowadzić się z Lubaczowa do Krakowa i być z Tyną zaczynając karierę zawodową całkowicie od nowa. Była to ciężka decyzja, ale dłuższą chwilę do niej dojrzewałem, praca przestała w najmniejszy sposób cieszyć, a może i wręcz odwrotnie - drażnić. Nie, nie ze względu na zajmowane stanowisko bo to akurat miałem najprawdopodobniej najluźniejsze z oferowanych przez pracodawce, najmniej ode mnie wymagające przez co od dłuższej chwili czułem stagnacje, nudę i rutynę co sprawiło, że wstawanie do pracy było jedynie przykrym obowiązkiem...
Pamiętam strach przed tym co to będzie jak się zwolnię i w Krakowie sobie nie poradzę tylko dlatego, że chciałbym w końcu zacząć robić coś co lubię...a co jak nie wyjdzie i będziemy musieli żyć jedynie za rentę Martyny, a ja znów zacznę robić coś co muszę, a nie lubię jak było dotychczas? Po co mi tego jak tu mam spokój i stabilność...? Nie spałem spokojnie próbując schwytać wszystkie rozbiegane po głowie myśli...
Na szczęście ta decyzja okazała się być strzałem w dziesiątkę, a w nowym miejscu pracy czuje się jak ryba w wodzie - nie czuję się zmęczony tym co robię, a może nawet powiem więcej, ciesze się nią - w dniach wolnych od pracy i tak siedzę przy komputerze i doglądam co się dzieje w pracy bo jakoś tak nudno bez niej ツ
Konfucjusz kiedyś powiedział coś czego kiedyś nie rozumiałem czyli "Znajdź prace którą lubisz, a już nigdy nie będziesz musiał pracować".
W życiu nie namawiam nikogo do zwalniani się i szukania nowego miejsca pracy, a raczej do czegoś innego - nie bójcie się zmiany na lepsze! Nie rezygnujcie zbyt wcześnie ze swoich marzeń i pamiętajcie, że gdy jest ciężko to oznacza tylko jedno - idziesz w dobrym kierunku, najważniejsze żeby się nie zatrzymywać! Mi się udało, Martynie też - wiecie jaki jest wspólny mianownik? Determinacja. I tej właśnie Wam życzymy pozdrawiając jeszcze wiosennym zdjęciem ツ

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Cuda się zdarzają 👶 !!!

Siema! Święta, czas rodzinnych spotkań, życzeń i magicznej atmosfery w tym roku jest dla nas czasem jeszcze bardziej wyjątkowym... Od początku choroby lekarze mając do czynienia z młodą parą podkreślali na każdym możliwym momencie, że ciąża przy takim spustoszeniu organizmu i tak zaawansowanej chorobie jest rzeczą niemożliwą, że niestety, ale coś co jest największym marzeniem Tyny czyli rodzicielstwo się nie spełni, a daleko idące marzenia o dzieciach zostaną jedynie w sferze marzeń...badania prowadzone w kierunku tak tocznia jak i zespołu antyfosfolipidowego nie dawały też w sumie większych nadziei, a jednak...ten świąteczny, magiczny czas zaowocował i u nas - więc oficjalnie mogę powiedzieć - T Y N A  J E S T  W  C I Ą Ż Y !!!
Po tych słowach cokolwiek bym napisał okaże się banałem, będzie zbędne, ale pamiętajcie - NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJCIE, nawet gdy droga do realizacji marzeń jest bardzo daleka i kręta to pamiętajcie, że co by się nie działo - nie poddawajcie się i bądźcie silni..…

Choroba a wygląd...

Siema!
Ostatnio wrzuciłem na fanpage zdjęcie Martyny na którym widać było jak mocno przybrała na wadze przez sterydy w pierwszych miesiącach stosowania, w momentach gdy dawka na porządku dziennym wynosiła 80-100 mg (teraz ich dawka waha się w granicach 8-10 mg)... Zdjęcie z pewnością wielu z Was wprawiło w osłupienie i własnie dlatego chciałbym teraz w tym poście pochylić się nad tym aspektem. Cóż - toczeń sam w sobie z pewnością zmienia wygląd kobiety - zmiany skórne są na tyle wyraźne, że motyl motyla praktycznie zawsze pozna (charakterystyczny rumień na twarzy przypominający motyla). Jednak u Tyny zmiana w wyglądzie na początku nie była wywołana zmianami skórnymi, a konsekwencją przyjmowania olbrzymich dawek sterydów.  W ciągu zaledwie niespełna miesiąca przytyła ponad 15 kilogramów przez co nie czuła się najlepiej, nie tylko przez wygląd, ale i fizycznie gdy przyszło nosić o kilkanaście kilogramów więcej w momencie gdy organizm jest osłabiony... Poniżej prezentuje zdjęcie jak Mart…

Niestety...

Siema...
Od dwóch dni zabieram się do napisania tego posta, niestety co chciałem się "spiąć" i napisać nie udało się, wyłączałem kartę z nowym postem...dziś jednak usiadłem, zebrałem myśli i piszę...
Tydzień temu mieliśmy wizytę u prowadzącego ciąże ginekologa na którą mieliśmy się zgłosić z pełną historią badań wykonanych między wizytami celem ustalenia dalszego leczenia - czy będzie to wymagane w środowisku klinicznym czyli na oddziale aż po rozwiązanie czy też wystarczy w trybie ambulatoryjnym...i tu wspaniała wiadomość - wyniki wzorowe, wystarczy prowadzić ciąże ambulatoryjnie kontrolując ją poza środowiskiem klinicznym ツ
Pozostało już tylko zrobienie rutynowego badania USG i tu kończy się trwająca od dwóch miesięcy idylla...nie wykryto akcji serca, fasolka nie pulsowała jak podczas wcześniejszych badań...lekarz sam nie dowierzał szukając z uporem maniaka akcji serduszka, jednak mimo usilnych prób...bez rezultatu opuścił wzrok oznajmiając coś co po długie lata będzie obij…