Przejdź do głównej zawartości

Nocne odwiedziny na SOR...

Siema!
Wczoraj wieczorem, po godzinie 21 dostałem telefon od można powiedzieć - nieznajomej Pani z którą kiedyś się kontaktowałem w sprawie pomocy jej rodzinie - wtedy niestety byłem bezsilny, tym razem jednak mogłem pomóc...
Kontaktowałem się wtedy z tą kobietą ponieważ jej brata żona poważnie zachorowała - miałem nadzieje, że z moim doświadczeniem i przebojami szpitalnymi będę mógł jakoś pomóc - teraz okazało się, że brat tej kobiety wraz z żoną są w Krakowie w szpitalu rehabilitacyjnym, jednak podczas pobytu żona zadławiła się podczas karmienia (stan kobiety wegetatywny) i musieli ją szybko przewieźć na inny szpital z SORem. 
Dzwoniąc roztrzęsiona kobieta opowiedziała mi o tej sytuacji prosząc mnie o to czy mógłbym podjechać do jej brata, który akurat w trakcie zdarzenia był przy tym i pozostał sam po tym jak zabrali mu żonę na sygnałach...
Oczywiście długo nie myśląc ubrałem co było pod ręką i pojechałem - tylko tyle mogłem zrobić w tej sytuacji by po prostu być tam przy nim w tym momencie...
Tramwajowa przeprawa trwała długo, szczególnie w momentach gdy krakowską komunikacje publiczną owładnęły zorganizowane grupki imprezowiczów jadących w kierunku Nowej Huty...
Przewinę teraz w przód całą podróż nie zagłębiając się w nią by dotrzeć do finału - dojechaliśmy do szpitala w okolicach godziny 23, no może 23:30 - niestety, nocna komunikacja miejska nie sprzyja takim wojażom...i tu docieramy do sedna sprawy - szpital miejski, coś jakby jednak na uboczu, nie samo centrum gdzie trafia każdy przechodzień, a tu SOR pełen ludzi - zdumienie które nas ogarnęło było nie do opisania...przecież zbliża się północ w środku tygodnia, a w kolejce czeka około 30-40 osób! Szok...Na szczęście małżonka mojego od teraz kolegi została przyjęta poza kolejką i już (!) po dwóch godzinach była na oddziale gdyż wymagała dalszej obserwacji.
Na szczęście też wstępne wyniki nie dały powodów do obaw - wydaje się, że szybka interwencja zapobiegła tragedii.
Nie piszę o tym tak, by tylko to zrelacjonować, sytuacja jakich wiele - pisze o tym skupiając się na małym szczególe...
Czekając na mojego współtowarzysza podróży, który w tym czasie był na odwiedzinach u żony w okolicach godziny 1:00 w holu do przyjęcia czekało starsze małżeństwo - Pan i skromna, ciepła Pani którzy z pewnością pamiętają XX-lecie międzywojenne...
Pan? Typowy tetryk nie radzący sobie z przemijaniem, widać było, że wszystko go denerwuje nerwowo zagryzając zęby na każdy dźwięk wydany przez cierpiące dziecko w kolejce - Pani, niezwykle ciepłe spojrzenie na te dzieci, które podobnie jak oni czekają w kolejce do specjalisty...
Wzrok kobiety patrzącej na te dzieci z pewnością na długo zapadnie mi w pamięci - szkliste, ciemne szklące się oczy...nic nie mówiła, po prostu patrzyła.
Z jej oczu można było wyczuć..hmm...tęsknotę? pustkę? żal? Sam nie wiem jak to nazwać...
Zacząłem się zastanawiać nad kobietą - może nie ma kontaktu ze swoimi wnukami? Może sama nie miała nigdy dzieci? A może też miała i je straciła?
Sam nie wiem, przecież starsza kobieta jakich wiele, a jednak nie...jednak z tej twarzy można było wyczytać coś więcej...
W drodze powrotnej, gdy mój towarzysz już wysiadł ja cały czas jechałem myśląc o niej zastanawiając się jak to mogło być i skąd w jej oczach tyle tęsknoty...
Może w przeszłości podjęła złą decyzje której po dziś dzień żałuje?
Ostatnio czytałem artykuły na temat ludzkich historii - o ludziach, którzy wylądowali na ulicy przez kilka złych decyzji oraz o kobiecie która podobnie ta opisana wyżej reagowała na młodzież odprowadzając ich wzrokiem po pustym parku...
Puentą tego drugiego był tekst o tym, że każdy z nas ma swój krzyż - domyślam się mając przed oczami twarz tej kobiety, że i ona w przeszłości wzięła jakiś krzyż na swoje plecy i niesie go po dziś dzień...ważne jest by nauczyć się z tym krzyżem żyć bo to przecież każdy z nas pisze swoją historie i nikt za Ciebie nie zrobi tego lepiej...
Cóż, kończę ten wpis z tą niedokończoną myślą, może kiedyś zrozumiem, może jeszcze kiedyś spotkam tą kobietę? Życie płata różne historie, kto wie...
Wrócilem do domu z uczuciem spełnienia, zrobiłem w końcu coś czym mogłem komuś pomóc - co tu dużo mówić - pomaganie jest fajne ツ
Szpital w ciepłą majowa noc wygląda bardzo fajnie, jakkolwiek nie polecam nikomu wycieczek na SOR...ツ

Komentarze

Publikowanie komentarza

Popularne posty z tego bloga

Cuda się zdarzają 👶 !!!

Siema! Święta, czas rodzinnych spotkań, życzeń i magicznej atmosfery w tym roku jest dla nas czasem jeszcze bardziej wyjątkowym... Od początku choroby lekarze mając do czynienia z młodą parą podkreślali na każdym możliwym momencie, że ciąża przy takim spustoszeniu organizmu i tak zaawansowanej chorobie jest rzeczą niemożliwą, że niestety, ale coś co jest największym marzeniem Tyny czyli rodzicielstwo się nie spełni, a daleko idące marzenia o dzieciach zostaną jedynie w sferze marzeń...badania prowadzone w kierunku tak tocznia jak i zespołu antyfosfolipidowego nie dawały też w sumie większych nadziei, a jednak...ten świąteczny, magiczny czas zaowocował i u nas - więc oficjalnie mogę powiedzieć - T Y N A  J E S T  W  C I Ą Ż Y !!!
Po tych słowach cokolwiek bym napisał okaże się banałem, będzie zbędne, ale pamiętajcie - NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJCIE, nawet gdy droga do realizacji marzeń jest bardzo daleka i kręta to pamiętajcie, że co by się nie działo - nie poddawajcie się i bądźcie silni..…

Choroba a wygląd...

Siema!
Ostatnio wrzuciłem na fanpage zdjęcie Martyny na którym widać było jak mocno przybrała na wadze przez sterydy w pierwszych miesiącach stosowania, w momentach gdy dawka na porządku dziennym wynosiła 80-100 mg (teraz ich dawka waha się w granicach 8-10 mg)... Zdjęcie z pewnością wielu z Was wprawiło w osłupienie i własnie dlatego chciałbym teraz w tym poście pochylić się nad tym aspektem. Cóż - toczeń sam w sobie z pewnością zmienia wygląd kobiety - zmiany skórne są na tyle wyraźne, że motyl motyla praktycznie zawsze pozna (charakterystyczny rumień na twarzy przypominający motyla). Jednak u Tyny zmiana w wyglądzie na początku nie była wywołana zmianami skórnymi, a konsekwencją przyjmowania olbrzymich dawek sterydów.  W ciągu zaledwie niespełna miesiąca przytyła ponad 15 kilogramów przez co nie czuła się najlepiej, nie tylko przez wygląd, ale i fizycznie gdy przyszło nosić o kilkanaście kilogramów więcej w momencie gdy organizm jest osłabiony... Poniżej prezentuje zdjęcie jak Mart…

Niestety...

Siema...
Od dwóch dni zabieram się do napisania tego posta, niestety co chciałem się "spiąć" i napisać nie udało się, wyłączałem kartę z nowym postem...dziś jednak usiadłem, zebrałem myśli i piszę...
Tydzień temu mieliśmy wizytę u prowadzącego ciąże ginekologa na którą mieliśmy się zgłosić z pełną historią badań wykonanych między wizytami celem ustalenia dalszego leczenia - czy będzie to wymagane w środowisku klinicznym czyli na oddziale aż po rozwiązanie czy też wystarczy w trybie ambulatoryjnym...i tu wspaniała wiadomość - wyniki wzorowe, wystarczy prowadzić ciąże ambulatoryjnie kontrolując ją poza środowiskiem klinicznym ツ
Pozostało już tylko zrobienie rutynowego badania USG i tu kończy się trwająca od dwóch miesięcy idylla...nie wykryto akcji serca, fasolka nie pulsowała jak podczas wcześniejszych badań...lekarz sam nie dowierzał szukając z uporem maniaka akcji serduszka, jednak mimo usilnych prób...bez rezultatu opuścił wzrok oznajmiając coś co po długie lata będzie obij…